deutsch italiano


 

1 - śladami bursztynowych kupców:

      a) eskapada z Pragi czeskiej na Wybrzeże Bałtyckie, najdłuższy etap,

      od 30 lipca do 13 września 2006 roku, z przerwą od 11 do 15 sierpnia

      b) odcinki nie przemaszerowane, uzupełnione kolejnego lata

2 - jantarová stezka:

      marszruta wzdłuż biegu rzeki Wełtawy, od 2 do 18 września 2008 roku

3 - via Norica:

      wędrówka z Linz nad Dunajem, do Aquilei na Wybrzeżu Adriatyckim,

      od 16 sierpnia do 5 września 2010 roku

 

1

Śladami bursztynowych kupców

   Wyprawę po złoto północy, rozpoczęłam 30 lipca, w pełni lata, wyruszając ulicą Podĕbradską, ze wschodniej dzielnicy, stolicy Czech, Vysočan. Być może podobnie jak bursztynowi kupcy, doznałam upałów w Czechach, ulewnego deszczu w Polsce a także wędrówki nocą. Musiałam też, wyleczyć zwichniętą nogę i do Wrocławia na trasę, wróciłam po kilku dniach przerwy. Przemierzając zachodni kraniec Sambii, spotkałam poławiaczy bursztynu ze swoimi zdobyczami. Trzymałam na dłoni, świeżo wyłowione, surowe bryłki bursztynu. Wrażenie było tak niesamowite, że zapomniałam zrobić zdjęcia.
 

1a

Eskapada

    Pierwszą miejscowością etapową, na terenie Czech miał być Mochov, po około 20 kilometrach trasy. I już pierwszego dnia tzw. schody, ze względu na to, iż cena noclegu, znacznie przewyższyła przeznaczoną na ten cel kwotę. W jedynym hotelu, gdzie były wolne miejsca, wynosiła ona 900 koron (około 125 złotych). Maszerowałam więc dalej szosą w kierunku Podĕbrad, trasą planowaną na następny dzień. Gorące powietrze falowało nad asfaltem, bolało biodro i ramię a plecak "grzał" dodatkowo. Wreszcie, po 34,5 kilometrach trasy, w miejscowości Sadská, dobrzy ludzie wskazali mi drogę do hotelu Modrá Hvĕzda, gdzie nocleg kosztował 315 koron.

Praha, Vysočany – Nehvizdy – Mochov – Starý Vestec – Velenka – Sadská

Ranny "ptaszek" z Sadská.

   W czasie całej eskapady najprzyjemniej było wędrować przez wioski, lasy i pola. Mogłam wtedy jeść owoce prosto z drzew, lub zbierać z rowu, nagrzane słońcem: śliwki, jabłka i mirabelki. Właśnie tymi owocami "napijałam" się, zmierzając w kierunku Hradec Králové. Przechodząc przez miejscowość Nepolisy, kupiłam wodę mineralną i szczęśliwa ruszyłam dalej. Lecz przez kolejne miejscowości, przez 26 kilometrów trasy: Luková, Mlékosrby, Bydžovská Lhotka, Barchov, Zvíkov, Kunčice, Radostov, Radíkovice, Tĕchlovice, nigdzie po drodze nie było można kupić wody, gdyż małe sklepiki otwarte są rano, a potem dopiero po południu, podobnie jak gospody. Wypijałam na trasie, dosłownie hektolitry wody, a w tym dniu, po prostu myślałam że nie dam rady. Najlepiej byłoby mieć ze sobą zapas wody, ale jak "targać" ze sobą zgrzewkę wody tyle kilometrów. Gdzieś nawet, kobieta chciała mi nalać wody do pustej butelki, lecz musiałabym jakiś kawałek podejść do jej domu, więc podziękowałam, mniemając że wreszcie gdzieś, wodę kupię. Nareszcie w Stĕžery, 3 kilometry przed Hradec Králové, był otwarty sklep. Na raz, wypiłam 1,5 litra wody, 1 litr soku, zjadłam loda, odsapnęłam chwilę i doczłapałam się do Hradec Králové. Z informacji, które uzyskałam, od napotkanych ludzi, nie było innych możliwości, tylko hotel za 790 koron. Sprawdziłam, czy starczy mi koron, i później już w hotelu, zastanawiałam się czy kontynuować marszrutę, jeśli tyle będę wydawać. A propos tej pustej butelki, na całej trasie, nie wyrzucałam śmieci byle gdzie, niosąc je tak długo, często w siatce, aż nie będzie pojemników. Wiem, że może trochę dziwacznie wyglądałam, z takim zestawieniem jak: plecak i siatka.

"Smocza" lampa w centrum Hradec Králové.

    Ze względu na moje niezbyt dokładne mapy, upewniałam się co do trasy, zasięgałam informacji u mieszkańców danej miejscowości lub kierowców. Jak bardzo było to pomocne, przekonałam się w dniu, gdy "uciekałam" przed powodzią z Kamieńca Ząbkowickiego. Rzeka Budzówka była już pod samym mostem, przepuszczano tylko pieszych, szykowano drogi ewakuacyjne. Zalewało ulice i co najgorsze więcej wody nalatywało do piwnic, niż mieszkańcy zdążyli wypompowywać. Wyszłam około 14.00, z obawy, że przez deszcze dalej nie przejdę. Przez zalane ulice, przeszłam w klapkach. Między miejscowościami: Stolec a Ciepłowody, jeśli chodzi o informację, wszystko gra, kierowca jadący z rodziną, wytłumaczył dokładnie na podstawie mapy, jak mam się dalej kierować by dojść do Ciepłowodów. Jednak za Ciepłowodami, pomimo kilku prób wymachiwania mapą, nikt się nie chciał zatrzymać. W efekcie, zamiast na miejscowość Prusy, poszłam w innym kierunku. Aby wszystko poprostować dołożyłam kilka kilometrów, lecz zrobiło się ciemno i w okolicy nigdzie nie było noclegu. Do tego, zwichnęłam nogę, która bolała coraz bardziej. Rozłożyłam więc karimatę i z jakąś godzinę, przedrzemałam pod krzakiem, przy drodze. Pachniało ścierniskiem, wiał silny zachodni wiatr. Kulejąc ruszyłam dalej, już nie szłam, tylko człapałam. Ale cały czas w tej nocy "towarzyszyła" mi góra, a na niej migający maszt, jak latarnia. Światła Ślęży, po lewej stronie, lub z tyłu wskazywały mi kierunek marszu, wiedziałam że idę w dobrym kierunku. Po 14 godzinach marszu, nad ranem, dotarłam do Jordanowa Śląskiego, gdzie wymęczona, pierwszy raz zdecydowałam się podjechać 5 kilometrów na nocleg do Pustkowa Wilczkowskiego.
Podczas całego przedsięwzięcia, były też przyjemne wieczory, gdy osoby zafascynowane moimi opowieściami o szlaku, bezinteresownie proponowały mi nocleg. Kilkakrotnie, też pomogły mi w tym napotkane dzieci. Zapytano mnie w jednym z wywiadów, o czym myślę, wędrując. No właśnie, głównie o tym, czy będę miała gdzie nocować.

Trasa na Prusy, godzina 20:20.


Moja nocna "opiekunka", góra Ślęża.

    Jednym z trudniejszych, był odcinek wiodący z Torunia w kierunku Chełmna, gdyż maszerowałam trasą szybkiego ruchu. Zarówno w Polsce jak i w Czechach, niektóre odcinki dawnego szlaku bursztynowego pokrywają się z trasami o dużym natężeniu ruchu i tu nie miałam innego wyboru jak maszerować ich skrajem.
    Może to co napiszę wyda się dziwne, ale nie trzeba płacić dużych pieniędzy za sporty ekstremalne. Na przykład można "przejść" się po kamienistym brzegu morskim, zalewanym przez fale. Następnie próbując dostać się na drogę, przejść przez siedlisko ptactwa, bagno i przybrzeżną "puszczę", czyli maliny, pokrzywy i inne chaszcze, czego to doświadczyłam na najbardziej wysuniętym na północ cyplu Sambii. Lub też "przespacerować" się w zacinającym wietrze i ulewnym deszczu, drogą krajową jedynką, lub szosą z Elbląga do Pasłęka, okalającą jezioro Drużno. Ten odcinek trasy, oraz inne nie "przemaszerowane", uzupełniłam kolejnego lata. A szosa z Elbląga, była czymś w rodzaju powtórki z rozrywki, trasy z Torunia, ponieważ lało i wiało tak, że płaszcz przeciwdeszczowy nie stanowił wystarczającej ochrony, bo przecież niosłam plecak. Było zimno, zmieniłam ciuchy i dwa razy skarpetki, co i tak nie pomogło, gdyż właśnie na tym odcinku trasy, odparzyłam stopy. Co do płaszcza przeciwdeszczowego, firma, która wyprodukowałaby go z "garbem" na plecak, z pewnością zbiłaby fortunę.

Droga na Stankowo. Okolice jeziora Drużno.

    Czasami wędrując podczas ciepłego deszczu, mniej uczęszczanymi drogami, brodziłam jak w strumyku, w spływających, raz w jedną, raz w drugą stronę strugach deszczówki. Sprawiało mi to ogromną frajdę. Najczęściej jednak, podczas ulewy, wszystko co miałam na sobie wyglądało jak wyciągnięte z pralki bez wirowania i przez noc nie zdążyło podeschnąć. Wtedy na skarpetki zakładałam woreczki, by nie namokły od butów. I jak przestawało padać, to ten sposób zdawał egzamin, bo buty po drodze wysychały. Jednak gdy nadal lało, to było bez znaczenia, bo woreczki w czasie marszu pękały, a skarpetki i tak po pewnym czasie były mokre. Nocując w toruńskim akademiku, uprałam i wysuszyłam ciuchy, co wydało mi się aż nierealne. Samo wejście do Torunia, było niesamowite, gdyż wchodząc na stary most w centrum miasta, po prawej jego stronie widać było tylko wysokie drzewa. Po chwili spaceru mostem, jak gdyby przed spektaklem rozsunięto kurtynę i ukazała się panorama miasta.

   Co do posiłków, to jadłam na trasie. Maszerując wiele godzin, bardzo często miałam apetyt na jakieś ciasto. No i wtedy, kupowałam i "pożerałam" na raz parę drożdżówek, gniazdek czy innych słodkości.

   Gdy dotarłam 13 września na Wybrzeże Gdańskie, nie znalazłam na brzegu bursztynu. Natomiast, gdy wyszłam z plaży i przechodziłam przez przybrzeżny park, niespodziewanie wzięłam udział w gdańskim safari. Z krzaków wybiegły dziki z młodymi. Z zawrotną prędkością przebiegły przez ścieżkę i zniknęły w zaroślach.

   Do mojej bardzo skrótowej relacji ze szlaku, dodam jeszcze, że podczas eskapady, miałam nieraz do wyboru albo najeść się, albo odpocząć i wyspać w porządnych warunkach, czyli łazienka w pokoju, bez biegania po piętrach. Dużo czasu zabierało mi samo szukanie noclegu i często zamiast spać drzemałam, bo pół nocy bolały mnie nogi. W Kwidzynie, dopiero rano zauważyłam, że w pokoju są jeszcze jedne drzwi, a za nimi łazienka. Proszę sobie wyobrazić, jak byłam zmęczona, i niejednokrotnie też nie dawałam rady, pisać dziennych notatek. W efekcie, ilość kilometrów, które podawałam, odbiegała od tych które przeszłam. Gdy wszystko podliczyłam, było więcej, bo okazało się, że nie dodałam dwóch odcinków, to jest: odcinka z Torunia do miejscowości Grzywna i z Malborka do Dzierzgoń, ale już zostawiłam 1020, aby nie posądzono mnie o krętactwo. Jeśli chodzi o Obwód Kaliningradzki, ze względu na przepisy dotyczące pobytu na tym terenie, przemierzyłam tylko zachodnio - północne wybrzeże Półwyspu Sambijskiego.

Wybrzeże Sambijskie.

   Oto miejscowości etapowe: Praha, Sadská, Kopičák, Hradec Králové, Jaromĕř, Nové Mĕsto nad Metují, Jeleniów, Polanica Zdrój, Kłodzko, Kamieniec Ząbkowicki, Jordanów Śląski, Pustków Wilczkowski, Wrocław, Widawa, Dobroszyce, Cieszyn, Przygodzice, Kalisz, Kamień, Gadówek, Stare Miasto, Kazimierz Biskupi, Skulsk, Inowrocław, Kawęczyn, Toruń, Grzywna, Chełmno, Grudziądz, Kwidzyn, Malbork, Dzierzgoń, Jelonki, Elbląg, Frombork, Braniewo, pociągiem do Калининград, autobusem do Пpимopcк, i stąd na piechotę do Янтapный, Филинo, powrót busem do Калининград, autobusem do Elbląga i Kwidzyna, Małe Walichnowy, Tczew, Pruszcz Gdański, Gdańsk, Starzyno.

 Odcienie zieleni Doliny Walichnowskiej.
 
1b
Odcinki uzupełnione
    Jak napisałam, kilka odcinków zaplanowanej trasy, z różnych powodów nie zostało "przemaszerowanych". I tak z Jordanowa Śląskiego do Pustkowa Wilczkowskiego, dalej z Jelonek do Elbląga, oraz z Gdańska do Starzyna. Te kilkadziesiąt kilometrów, uzupełniłam kolejnego lata, docierając na rynek Starego Miasta prawobrzeżnej Pragi, stolicy Czech. A wyruszyłam, podczas Słonecznych Warsztatów Dnia Bursztynu, odbywających się w ramach Jarmarku św. Dominika w Gdańsku. Tym razem oprócz bursztynowego naszyjnika, oraz kopii gockiej zapinki, miałam ze sobą bursztynowy wisior otrzymany od Stowarzyszenia Bursztynników.
 


Stadko kolorowych kogucików, między basztą Jacek a Teatrem Wybrzeże,

w centrum miasta.

relacja:

Pieszo Bursztynowym Szlakiem

 

2

JANTAROVÁ STEZKA

   Kontynuując przedsięwzięcie, przemierzyłam kolejne kilometry dawnego szlaku bursztynowego. Trasa wiodła także ze stolicy Czech, lecz w kierunku Linz w Austrii, to jest około 293 kilometry. Bursztynowi kupcy najprawdopodobniej wędrowali wzdłuż biegu rzeki Wełtawy (Vltavou), co potwierdzają oppida celtyckie, czyli ufortyfikowane osady. Zanim główny szlak handlu bursztynem wiódł z Aquileii przez Carnuntum, oraz Vindobonę (Wiedeń/Austria) i Brigetio (O.Szöny/Węgry), wcześniej wędrowano właśnie przez Lentię i Lauriacum, gdzie w pobliżu były przeprawy przez Dunaj. Trasa trudna, ponieważ przebiega przez tereny górskie, oraz rozlewiska i meandry rzeki Wełtawy.

Praha – Staré Mĕsto – Staromĕstské námĕstí, - Závist, nocleg Zbraslav, 21 kilometrów
   Stolica Czech, jak zwykle przywitała mnie słońcem. Z dworca autobusowego Florenc, ruszyłam w kierunku rynku staromiejskiego prawobrzeżnej Pragi. Tam jak zwykle pokrążyłam trochę uliczkami, a następnie przez miasto, dotarłam na tereny grodu Vyšehrad, gdzie z zamkowych murów podziwiałam panoramę praskiego Nowego Miasta. Dalej, nadal wzdłuż Wełtawy, obok pół golfowych i terenów zielonych, przez które prowadzi ścieżka rowerowo – piesza, i mamy ujeżdżają na rolkach, ze swoimi pociechami w wózkach. Gdy, upewniałam się co do trasy rozmawiając na przystanku z dwoma Czeszkami, zostałam poczęstowana jabłkami. "Napijałam" się potem nimi, wdrapując leśnymi ścieżkami, na wzniesienie w Závist. Rozlokowany w pobliżu Břežanskégo potoka, dawny gród obronny, jest największym celtyckim oppidum w Czechach.


Hradištko, 20 kilometrów

   W krajobrazie południowych dzielnic Pragi, jak i dalej jej okolic dominują skały. Co jakiś czas wyrastają wzdłuż biegu rzeki Wełtawy. Zaplanowana przeze mnie trasa, miała wieźć przez górzystą okolicę tej miejscowości. Lecz, za namową mieszkańców Vrané nad Vltavou, zmieniłam ją, by przeprawić się przez rzekę mostem kolejowo – rowerowo - pieszym. Przed samym mostem, starszy Pan ostrzegał by dokładnie się rozejrzeć bo: "maszynka tam jedzie". Maszerując przez most, najpierw usłyszałam linki przy torach, a po chwili gwizd kolejki. Byłoby kapitalne zdjęcie, ale stojąc na baczność na drżącym moście przy barierce, obawiałam się uruchomić aparat, a co dopiero pstrykać fotki.

Rozlokowane nad Wełtawą miejscowości, na praktycznej mapie, w Měchenice.

 

Hrazany, 27 kilometrów

   Kolejny trudny odcinek szlaku, gdyż trasa prowadzi przez tereny górskie i rozlewiska Wełtawy. Droga, która kończy się posesją, mokra trawa, bo padało, do tego problemy z kupnem wody i tu przydałby się pilot z jej zapasem. Miałam zamiar dotrzeć do oppidum, które znajduje się około 2 kilometry od Hrazan, ale po zauważeniu napisu Hotel, prawie jak fatamorganę, widziałam picie, natrysk a może nawet pralkę. Można powiedzieć, że nocowałam na podgrodziu. I tutaj należałoby spytać Pana prof. Baranowskiego, czy jest to fachowe określenie.

Kamýk nad Vltavou, 20 kilometrów
   Nadal małe miejscowości rolnicze i szlak turystyczny, który kończy się w lesie szlabanem. I nie wiem czy dzwonić do Ambasady, czy pod 112, żeby pokierowali mnie GPS. Po około godzinnym krążeniu, w tę czy tamtą stronę, gdzie ścieżki kończyły się polanami, lub stromym zboczem, przez strumyk, ścieżkami wydeptanymi przez zwierzęta, wychodzę na zaorane pole, przez które muszę przebrnąć by dojść do szosy. Co do ciuchów, to wyglądały "lepiej" niż z reklamy proszku do prania. I zamiast po logo na plecaku, można mnie było poznać po brudnym ubraniu.

Probulov, 29 kilometrów
   Po tych trasowych problemach, zmieniam niektóre zaplanowane odcinki szlaku, aby nie iść ścieżkami turystycznymi, tylko drogami miejscowymi, nawet gdy muszę dołożyć kilka kilometrów. Z pewnością wędrujący z towarem kupcy przemieszczali się z jednego skupiska osad do innego, jak najbardziej prostymi drogami.
 

Oj, chciałoby się coś przekąsić. 

 

Záhoří, nocleg Písek, 21 kilometrów

   Chcąc iść w pobliżu oppidum w Nevĕzice, na lewym brzegu Wełtawy, "przeszłam" się, przez całe osiedle rekreacyjne. Dopiero na powrotnej drodze, na słupku, obok ścieżynki zauważyłam oznakowanie prowadzące do grodziska. Na tej trasie, zaskoczyło mnie, że w niedzielę jeżdżą po drodze wielkie ciężarówy. W hotelu w Písek, rozmawiając z Panią recepcjonistką, okazało się że jest poniedziałek. Następnego dnia, zrobiłam sobie wolne i aby wysłać informacje dotyczące przedsięwzięcia, podjechałam do kawiarenki internetowej: Cyber Café, w centrum handlowym Nový Smíchov w Pradze.
 

Babunia i dziadunio na włościach, przed zameczkiem w Záhoří. 

 

Kostelec, nocleg Hluboká nad Vltavou, 41 kilometrów

   W tym dniu, pomimo deszczu maszerowałam do wieczora, mniemając że z noclegiem nie będzie problemu. Okazało się jednak, że na campingu, tylko i wyłącznie można nocować w swojej przyczepie, lub namiocie, a innych noclegów w pobliżu po prostu nie ma. Więc cóż, poprosiłam o podwiezienie do dużo większej miejscowości, prywatną osobę.
 

Za Albrechtice nad Vltavou, w pobliżu, gdzie na trawie jadłam śniadanie, rosła sobie taka "drobinka".


České Budějovice, 23 kilometry

   Rano wracając autobusem na trasę, oczywiście w to samo miejsce, z którego podjechałam na nocleg, rozmawiałam z dziećmi, które poinstruowały mnie jak polami dojść do następnej miejscowości. Maszerując do Hluboká nad Vltavou, i teraz dokładnie tak: drogą asfaltową w lesie i wzdłuż Wełtawy, usłyszałam ryk niedźwiedzia, co wydało mi się niemożliwe, po chwili znów. Wzdłuż drogi ciągnął się płot, a właściwie płocik, na którym znajdowały się tablice ostrzegające. Ze strachu tak przyspieszyłam, że zapomniałam, że boli mnie noga i jestem głodna. Po chwili, śmiejąc się sama z siebie, bo nie umiem wchodzić na drzewa, zaczęłam się rozglądać, gdzie mogłabym w razie czego uciekać. Jedynym możliwym rozwiązaniem, byłoby chyba zbiec, nad brzeg rzeki. Wyobraziłam sobie, tych biednych kupców z tobołami, gdy czasami musieli uciekać przed niedźwiadkiem.
 

Nie pies, a kot pilnuje domostwa w miejscowości Líšnice.

 

W okolicy Hluboká nad Vltavou, i niedźwiedź i bociek się trafi.


Zlatá Koruna, 21 kilometrów

   Na tym odcinku, ze względu na celtyckie oppidum, w miejscowości Třísov, zdecydowałam się maszerować szlakiem turystycznym, lewym brzegiem Wełtawy. Okazało się, że ścieżka jest dobrze oznakowana, są ławeczki i pomimo deszczowej pogody, jest uczęszczana. A na rzece turyści płynący kajakami, również w towarzystwie psów.

 

Rožmberk nad Vltavou, 25 kilometrów

   No cóż, całą drogę leje lub pada. Po trasie Český Krumlov, miasto zabytek, lecz ze względu na pogodę, aparaty włożyłam do plecaka. Z miasta, maszeruję szlakiem turystycznym, który prowadzi wzdłuż prawego brzegu Wełtawy. Jeśli chodzi o trasę, jest pięknie, w zasadzie cały czas asfaltowa droga. Lecz na strumyku wpływającym do Wełtawy, mostek a za nim szlaban. Ale jakieś kilkadziesiąt metrów za szlabanem, na drzewie oznaczony szlak. W pierwszej chwili nie wiedziałam co robić, ale przecież nie będę wracać kilku kilometrów. Więc przeszłam przez szlaban i przez podmokłą łąkę idę dalej. Na polnej ścieżce krowie "placki", ślady krowich racic, i cały czas błotnista droga ale i oznakowany szlak. Jeśli krowy tam chodzą, to i ja dojdę do jakiejś wsi. Obawiałam się tylko, że szlak, zamiast dojść do szosy, skończy się na gospodarstwie rolnym. I coś jeszcze, tablice ostrzegające przed ostoją niedźwiedzi, dlatego prawdopodobnie ten szlaban i płot wzdłuż drogi. No i to czego się spodziewałam, czyli drugi szlaban, ale nic przebrnęłam również i przez tę przeszkodę. W pensjonacie wyciągam wszystko z plecaka i suszę. Całą noc deszcz bębni o parapet okna.

Studánky, 11 kilometrów
   Przestaje padać, ale jest zimno. Od Rožmberk nad Vltavou, przy każdej kapliczce ławeczka, czyli wędrowcom łatwiej. A trasa wiedzie Szlakiem Dunajsko – Wełtawskim (Donau-Moldau-Weg).
 

"Ta karczma, Rzym się nazywa" - nasuwa się, a to Studánky.

 

Hellmonsödt, 20 kilometrów

   Ze Studanek, na teren dzisiejszej Austrii, dawny szlak handlu bursztynem prowadzi dogodnym przejściem przez Przełęcz Wyszebrodzką (Vyšebrodský průsmyk). Dalej tereny rolnicze, długie miejscowości, a miasteczka podobnie jak w Czechach, rozlokowane w dolinach.
 

Kawiarenka w miejscowości Hellmonsödt.


Linz, 14 kilometrów

   Do dawnej Lentii, bursztynowi kupcy wędrowali przez Haselgraben. Obecnie są tam dwie drogi, czyli szosa, odcinkami dwupasmowa, oraz wiodąca przez Wildberg, wzdłuż strumyka, droga lokalna. Przeprawiając się przez Dunaj, w dzielnicy Urfahr, nie trzeba, tak jak kiedyś szukać brodu na Dunaju, lecz wystarczy przespacerować się mostem.

   

3

VIA NORICA

   Droga nazywana nieraz via Norica, wiodąca z Lentii i Lauriacum do Aquilei, była uczęszczana i dostosowywana do własnych celów, najpierw przez plemiona celtyckie, później przez Rzymian. Miejscowości, oddalone od siebie od 20 do 30 kilometrów, stanowiły kiedyś punkty etapowe, gdzie znajdowały się stacje pocztowe i celne. Kolejną eskapadę, około 500 kilometrów, wytyczyłam właśnie na podstawie tej trasy. Czyli: prowadzącej z Linz, przez Wels, w kierunku rzeki Steyr i wzdłuż wpadającego do niej potoku Teichl. Następnie trudnym odcinkiem przez Przełęcz Pyrneńską do kolejnego przesmyku w pobliżu Pöls i dalej wzdłuż rzeki Mur. A z doliny rzeki Glan, do kolejnej rzeki Gail i wzdłuż niej, skąd szlakiem, który wiódł z biegiem Fella i Tagliamento, w kierunku Aquileia.

 

   Marszrutę z Linz, rozpoczęłam oczywiście, od mostu, przez który uprzednio, przeprawiłam się przez Dunaj. W czasach, gdy transportowano bursztyn, rzeka ta, była naturalną granicą między krajami barbarzyńskimi a Cesarstwem Rzymskim.
 

Może zdjęcie nie jest najlepszej jakości, ale ciekawy jest jego opis, autorstwa Pana Grzegorza Smarzyka, który cytuję w całości:
Idąc mostem "Nibelungenbrücke" z północy na południe, po prawej stronie patrząc z mostu widać tzw. rezerwową platformę cumowniczą, która została zbudowana ze starej barki transportowej. Na zdjęciu wygląda dość imponująco biorąc pod uwagę wygląd i jej rozmiary (ok.50 m). Pomost ten jest wykorzystywany tylko w wyjątkowych przypadkach, jak np. widowisko wizualne, "ars electronica" odbywające się co rok na początku września. Miejsce służy do cumowania pływających ekranów medialnych, wież z reflektorami i wielkimi lustrami oraz innych obiektów. Poza tym to wspaniałe miejsce dla wygrzewających się na słońcu mew i dzikich kaczek, które stadami w lecie spędzają tam upalne dni. Dla ludzi wstęp jest zabroniony.
Dalej ok. 200 m w górę Dunaju znajduje się kolejna prostokątna i o wiele mniejsza, bo 20-to metrowa platforma, która zarazem jest właściwym punktem cumowania statków pasażerskich. Takich punktów cumowniczych lub pomostów jest 11-cie w Linzu. Docierają tutaj statki i barki transportowe z całej Europy zachodniej i wschodniej. Przypływają tutaj statki nawet z Odessy, Rotterdamu i Francji.

 

Ruszam przez miasto, i jak zwykle "krążę", dochodząc nawet do dużego rozjazdu autostrad. Zaczynam się denerwować, ponieważ mam do przejścia w tym dniu około 30 kilometrów, a zarezerwowałam w Wels hotel, by nie robić jeszcze, dodatkowych kilometrów. Wreszcie pomaga rowerzysta, szkicując mapkę, jak dotrzeć do drogi, która prowadzi prosto do Wels.

 

Jeszcze w Linz, mieszkalna miniaturka podobna do domków,

które mijałam na trasie przez České Budějovice.
 

W dzisiejszych czasach, nie ma możliwości przemieszczania się w pobliżu rzeczki Traun, wzdłuż której prowadził szlak, bowiem "przeszkadzają" zabudowania oraz sieci dróg i torów kolejowych. Maszerując szosą w upalny dzień, cieszę się więc, że co jakiś odcinek droga jest remontowana i nie ma ruchu, lub przebiega przez małą miejscowość.

 

Od miasta Linz, dawnej Lentii, posterunku militarnego strzegącego przejść przez Dunaj, prowadził szlak handlowy do Ovilava, dzisiaj Wels. Stanowiła ona ważny węzeł komunikacyjny na północy królestwa Noricum. Droga z Aquilei, łączyła się tutaj z biegnącą wzdłuż rzeki Traun, drogą solną.
 
Podobnie jak bursztynowi kupcy kolejnego dnia eskapady, kieruję się na północne przedpole Alp. Jest to obecna droga Römerstraße: z Wels przez Voitsdorf do Kirchdorf an der Krems, skąd rankiem, po posileniu się ruszam do Micheldorf. Dalej wzdłuż rzeki Steyr i jej dopływu potoku Teichl. W krajobrazie dominują tereny rolnicze, a droga do Windischgarsten, gdzie lokalizuje się stację Gabromagus, biegnie prawie równolegle z autostradą.

 

Jedynie ta "czuprynka", z całego stada, miała odwagę podejść bliżej drogi Pyhrnpass Straße.
 

Po kilku dniach marszruty, po 30 kilometrów dziennie, jestem zmęczona, i po dwóch godzinach marszu bolą mnie pięty. Lecz wynagradza mi to spacer przez miasteczko Spital am Pyhrn, rozlokowane w małej dolinie, kilka kilometrów od Przełęczy Pyrneńskiej.

 

I nie mogę oprzeć się pokusie, by pokazać remizę strażacką z tej miejscowości, czyli to co uwielbiam na trasie.

 

Kilka kilometrów dalej, kolejny raz "dostaję do wiwatu", cały czas szosa pnie się do góry i na samym szczycie tej krętej drogi Przełęcz Pyrneńska, za którą zaczyna się Styria.

 

Z szosy Pyhrnpass Straße, ta dróżka prowadzi do miejscowości Sadler,

już na terenie Styrii.

 

Na trasie z Liezen w kierunku Trieben, przeplata się szosa wiodąca równolegle z autostradą i torami kolejowymi. A prawie przed samym Trieben, dawnym Surontio, droga staje się spokojniejsza i prowadzi rozległą doliną.

 

W Trieben, w hotelu, poprosiłam o wypranie odzienia, przepraszając, że niektóre rzeczy są stare, i tłumacząc, że jest to mój "uniform" na trasę. Rzadko jest możliwość przeprania i zarazem wysuszenia rzeczy w ten sam dzień, ze względu na to, że często docieram na nocleg późnym popołudniem i nie w każdym hotelu jest pralka. Lecz następnego dnia, trasa z Trieben, jak to w górach bywa, prowadzi "zakrętasami" w górę. Więc moje suche i czyste ciuszki i tak były mokre.

 

A oto efekt mojego "wdrapywania" się o poranku, szosą Triebener Straße.

 

Podczas eskapady, jest bardzo miło gościć u Polaków, poprzednio w Linz, a tym razem w Judenburgu. Ale muszę ruszać dalej i podobnie jak bursztynowi kupcy, maszeruję wzdłuż rzeki Mur.

 

Zdjęcie może nie wyraźne, ale ta ścieżka jest dla mnie najpiękniejszą ścieżką na świecie. Bowiem w tym dniu było bardzo gorąco, a ona dala mi chwilę wytchnienia, dzięki temu komuś, kto posadził te drzewa.

 

Zbliżając się do Scheifling, idę ulicą Römerstraße. Odzwierciedleniem tego, że na danym terenie znajdowały się połączenia między stacjami drogowymi i celnymi, jest właśnie ta nazwa ulicy. Występuje ona w wielu miastach. Napotkane osoby, z którymi rozmawiałam, i pytałam o szlak bursztynowy, były zorientowane o co pytam i chętnie udzielały mi informacji.

Liezen - Friesach

 

 

Kapliczka kryta gontem, w pobliżu Perchau am Sattel, przez którą to miejscowość, wiódł szlak pocztowy z Wiednia do Wenecji.

 

Pogoda dopisuje, jest gorąco, wreszcie droga wiedzie lasem, lecz zmęczenie daje się we znaki. I w okolicy jeziora Längsee, przechodząc przez ulicę w Fiming, o mało co nie potrąciłabym rowerzysty.

 

Ale … "chcecie bajki, oto bajka", na trasie, prowadzącej przez maleńką rolniczą miejscowość, zza drzew wyłonił się zamek Hochosterwitz.

 

W tym samym dniu, docieram w pobliże dawnej stolicy Noricum, Virunum !
Z wrażenia długo nie mogę zasnąć. Rano z prywatnego myśliwskiego pałacyku w Maria Saal, bardzo z siebie dumna, znów ruszam na trasę.
W górzystej Karyntii, przez miejscowości rozlokowane w małych dolinach,
gdzie miejscami drogi są bardzo wąskie, z dużą prędkością przejeżdżają ciężarówy. Niezadowolenie mieszkańców z przejazdu dużych samochodów, często z przyczepami, budzi protesty i jest odzwierciedlane w napisach w pobliżu dróg np.: "Stop tranzytom".

 

Baner, na jednym z domów w Maria Saal.

 

Z doliny rzeki Glan, dzisiejszego Klagenfurtu i jego okolic, prowadziły dwa połączenia. Jedno starsze, opierające się na drogach miejscowych i dogodniejsze, zbudowane zapewne przez Rzymian wzdłuż jeziora Wörthersee. A ja na tym odcinku czuję się podobnie jak bursztynowi kupcy, bowiem niosę w plecaku woreczek z bursztynem, i by nie iść szosą, wędruję podmokłymi, leśnymi i górzystymi ścieżkami. Ale za to okolica przepiękna, z dala od autostrad.

 

Przy trasie malowane domy i ta oto, kryta gontem stareńka kapliczka w Arndorf.

 

Podobnie jak wiódł szlak handlowy, kieruję się na zachód, do Villach gdzie w centrum miasta Santicum, przeprawiano się przez Drawę. Przeprawa znajdowała się przy dzisiejszej ulicy Widmanngasse, która przechodzi w Italiener Straße i jak nazwa wskazuje, wiedzie w kierunku Italii.

 

 Rzeka Drawa w centrum Villach.

 

W miejscowości Warmbad, prowadzi w kierunku rzeki Gail, dawna trasa z widocznymi koleinami, typowymi dla górskich dróg celtyckich. I proszę sobie teraz wyobrazić drogę wykutą w skale, którą mógł jechać tylko jeden wóz.

 

 

 

Po spacerze dawną Römerweg, i wyjściu z lasu w Oberfederaun, chciałam iść ścieżką przez kolejny las, lecz trasa turystyczna, kończyła się zarośniętą polaną. Nauczona doświadczeniem, ruszyłam więc dalej asfaltówką.

 

Przy lesie, w miejscowości Oberfederaun, rozciąga się widok na położone niżej przy autostradzie, Unterfederaun.

 

Wyruszając rankiem z miejscowości Arnoldstein, gdzie mijałam kilka kasyn, nie spodziewałam się tylu wrażeń, tego dnia. Najpierw granica Austrii i Włoch, gdzie znajduje się … fryzjer: Friseur an der Grenze.

 

Fryzjer na granicy.

 

Następnie tunele gdzie wolno poruszać się i rowerzystom i pieszym, lecz hałas jest porównywalny ze startującym samolotem. A że pogoda dopisuje, w regionie Friuli-Venezia Giulia, maszeruję do wieczora, "uganiając" się jeszcze w Pontebba za noclegiem.

 

Wzdłuż doliny rzeki Gail, którą przemieszczali się bursztynowi kupcy, rozciągają się podobne widoki gór, jak kiedyś. A dzisiejsza droga Via Friuli,

wiedzie w kierunku Tarvisio.

 

Z biegiem Fiume Fella i Tagliamento, pomiędzy Alpami Karnijskimi a Julijskimi, docieram do Gemona del Friuli. W krajobrazie, coraz więcej ciepłolubnych liści palm i winogron, a rano w miasteczkach pachnie kawa.

 

Gemona, dom na Via Bersaglio.

 

Coraz bliżej do Aquilei, i ale i też coraz bardziej marszruta daje mi się we znaki. Ale te stworzenia z Udine, i ich gadatliwość, na jakiś czas odgoniły moje zmęczenie oraz stres powodowany szczupłymi zasobami finansowymi (relacja pb.info.pl).

 

 

Docierając do Aquilei, z głównej drogi Via Julia Augusta, kieruję się do dawnego portu, który znajdował się we wschodniej części miasta nad dużą wtedy rzeką Natiso. Aquileia Romana, była jednym z największych i najbardziej bogatych miast wczesnego cesarstwa rzymskiego.

 

Wzdłuż dawnego nabrzeża portowego, wiedzie aleja cyprysowa. Elementy architektoniczne stojące między drzewami sprawiają wrażenie, jak gdyby były wplecione i razem stanowiły całość. Do portu, prowadziła również ta droga, widoczna po prawej.

 

Spaceruję po Aquilei i częstuję mieszkańców gdańskim bursztynem. I miła niespodzianka, w postaci handlu wymiennego, bowiem również otrzymuję drobne podarunki, w tym bardzo, bardzo cenną na szlaku, wodę mineralną.

 

"Moja" Aquileia.