deutsch italiano



   W tej zakładce chciałabym wymienić osoby, które pomagały mi podczas eskapady. Pomoc osób dorosłych, jak i napotkanych dzieci, które kilkakrotnie, postarały się dla mnie o nocleg, była nieoceniona. Ale także, podczas wielogodzinnej wędrówki, w upale, czy też niekiedy w deszczu, cenne były dla mnie tak prozaiczne sprawy jak pozwolenie skorzystania z toalety, czy chwila rozmowy.

 

I zaczynam, według kolejności eskapady:

   Podczas przygotowania trasy, korzystałam z kilku czytelni biblioteki UAM, gdzie mogłam do woli studiować mapy, oraz pożyczałam je od znajomych, by zrobić ksera.

Česká republika

   Odcinek wiodący na Wybrzeże Bałtyckie, rozpoczynał się w stolicy Czech. Po przyjeździe do Pragi, na dworzec autobusowy Florenc, oczywiście nie miałam drobnych na metro, bo przecież przy wymianie, mogłam kupić korony tylko w banknotach. Czech, który również jechał z Wrocławia tym samym autobusem, kupił mi bilety na metro i jak przewodnik wskazał odpowiedni peron, z którego można dojechać do dworca kolejowego w centrum miasta. W tym samym dniu po południu, musiałam dotrzeć do hotelu, gdzie zarezerwowałam i opłaciłam nocleg. Przy wyjściu z metra, na ulicy Vysočanská, spytałam stojącą na przystanku autobusowym Czeszkę o hotel. Początkowo nie była zorientowana, więc skierowałam się na posterunek miejscowej policji. Po chwili, gdy już kawałek przemaszerowałam, usłyszałam jak kobieta biegnie za mną zdyszana, by wskazać mi hotel na Freyovej.

 

   W Sadská w hotelu Modrá Hvĕzda, gdzie nocowałam co prawie całodniowym marszu, nie było automatu telefonicznego. Jednak udostępniono mi telefon w hotelowej restauracji, skąd nieodpłatnie mogłam zadzwonić do Polski.

 

 

   Rano na trasie z Dlouhopolsko w kierunku Chlumec nad Cidlinou, chciał mnie podwieźć kierowca osobówki. A tuż przed Nepolisami, młody człowiek wiozący na przyczepce motocykl. Wędrując do Hradec Králové, z miejscowości Lišice, kierowałam się na Nepolisy. Do tej historycznej miejscowości szlaku, na mapie zaznaczona jest droga przez las. Okazało się, że był to dawny teren wojskowy. Można było wejść przez otwartą bramę od strony Lišic, a dalej przez las prowadziła droga z płyt betonowych. Szłam zadowolona, lecz po kilku kilometrach, okazało się, że na końcu tej super drogi, teren na którym znajdują się hurtownie, jest ogrodzony solidnym płotem i brama zamknięta. Gdyby nie pracujący tam Pan, widoczny na zdjęciu, musiałabym "przerobić" ten odcinek z powrotem. Otóż,  podjechał rowerem po klucze do firmy Magbud i otworzył bramę, a także pozwolił na zrobienie fotki.

 

 Miły Pan.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   W Nepolisach, chciałam wysłać fax. Pani sekretarka pracująca w Urzędzie Miasta, zaproponowała wysłanie go z biura urzędu. 

W tej samej miejscowości, po kupnie wody mineralnej, przez około 26 kilometrów przez pola, wioski i małe miejscowości, nigdzie nie było otwartego sklepiku. Gdzieś na tej trasie, kobieta wracająca z pracy, chciała mi nalać wody po pustej butelki po mineralnej. Może wydać się dziwne, ale podziękowałam, gdyż musiałabym w tym upale, jeszcze jakiś odcinek odbić z trasy, do jej domu.

 

 

   W miejscowości Jaromĕř, ze względu na ceny w hotelach, zastanawiałam się, czy czasem nie nocować w parku, nad rzeką Metuje. Lecz napotkani chłopcy, wracający ze szkoły, podprowadzili mnie do centrum miasta, na ryneczek, gdzie udało mi się przenocować w jednym z hotelików nad pizzerią .

Mostek przez Łabę, w pobliżu którego, zastanawiałam się czy nie przenocować.

 

 

   Zbliżając się do granicy czesko – polskiej miejscem postojowym na szlaku, było Nové Mĕsto nad Metují. Chciałam stąd wysłać pilny fax do Polski, z informacjami o mojej eskapadzie. Jednak na głównej poczcie w mieście, panie zza okienka poinformowały mnie, że owszem, mogę to zrobić, lecz dopiero z Náchodu. W hotelu Metuj, spotkało mnie coś bardzo miłego, pani w recepcji, wysłała faxy i nie musiałam za nie płacić.

 

 

   W Přibyslav, konsultowałam mapę. Pan pracujący w gospodzie, oglądając moje mapy, zauważył że nie ma na nich miejscowości Peklo. Następnie dokładnie wytłumaczył trasę, na Dobrošov przez Jizbice i dalej do czesko – polskiej  granicy turystycznej. A chłopcy na motorze, za Přibyslavem, pokazali odpowiedni szlak pieszy.

Leśna droga w kierunku miejscowości Peklo.

 

Polska

   Już na polskiej stronie, na peryferiach Kudowy, Pan z rowerem podpowiedział gdzie mogę kupić film do aparatu fotograficznego, a Pani pracująca w sklepie, pomimo że już był zamknięty, wytłumaczyła jak kierować się na gospodarstwo agroturystyczne. Pytając o nocleg, zdałam sobie sprawę jak wyglądam, spodnie obłocone po kolana, a także łącznie z plecakiem i karimatą, wszystko było wilgotne. W jednym z pensjonatów, najpierw przyglądano mi się bez słowa, a potem odpowiedziano, że nie ma miejsc. Pewien Pan myślał, że mam namiot i pozwolił mi na przenocowanie w ogrodzie. Po wielu zapytaniach o gospodarstwo agroturystyczne, hotel, czy pensjonat, dopiero w Jeleniowie przy szosie, kobiecina udzieliła mi noclegu za grosze.

 

 

   Między Witowem a Słoszowem, na terenie wyrobiska, przy przełęczy Polskie Wrota, chwilę rozmawiał ze mną Pan ochroniarz. Odsapnęłam chwilę, ciesząc się, że mogę sobie z kimś "pogadać".

 

 

 

   Z Kłodzka, wyruszyłam bardzo wcześnie, lecz jeden z mieszkańców, dokładnie objaśnił jak przez miasto kierować się na Wojciechowice, później z mapą pomógł Pan kierowca. 

Ksero mapy, "sprane" w kieszeni podczas marszruty w deszczu.

 

 

   W czasie gdy maszerowałam do Kamieńca Ząbkowickiego, trwał "sezon" na deszcze. Na terenie Polski, najbardziej padało właśnie w Sudetach. Moje ręce i stopy "sprane" od deszczu, bąbel na palcu, a z rękawów bluzy polarowej, którą miałam na sobie, raz po raz wyciskałam wodę, wszystko jak wyciągnięte z pralki bez wirowania. Lecz pomimo mego wyglądu, uprzejmy kierowca, spytał czy nie podwieźć do miasta. Dotarłam jednak pieszo i nocowałam w hotelu Pod Wieżą, gdzie zjadłam pyszny, a co najważniejsze tani obiad. A do tego, komfort niesamowity, gdyż właścicielka pozwoliła mi wysuszyć "ciuchy" nad piecykiem.

 

 

   W okolicy Ciepłowodów, kierowca zielonego busa z rodziną, zatrzymał się i udzielił informacji. W tym samym dniu a właściwie już w nocy, przed Kondratowicami, kierowca samochodu osobowego, chciał mnie podwieźć. Ale podziękowałam i ruszyłam dalej, gdyż nigdzie w okolicy nie było żadnego hoteliku, i po prostu nie wiedziałam gdzie będę nocować.

Rankiem, w hotelowej restauracji w Pustkowie Wilczkowskim, po całonocnym marszu, mogę zaczekać aż rozpocznie się doba hotelowa i podładować komórkę.

 

 

   Wrocławianie, czekający na przystanku w okolicach Mostu Tysiąclecia, idealnie pokierowali mnie na Osobowice. Po południu, w jednym z mijanych hoteli, na trasie z Wrocławia w kierunku Widawy, nocleg kosztował 150 zł. Ale Pan czekający na autobus, podpowiedział aby podjechać z powrotem do Wrocławia, do niedrogiego hotelu Irys. Pan kierowca autobusu, pozwolił mi jechać, kilka przystanków bez biletu. A w hotelu wspaniała Pani recepcjonistka poczęstowała mnie ciepłym krupnikiem, a rano jajecznicą. Opowiadała, że też kiedyś wędrowała.

Prosty, a zarazem ciekawy most przez Widawę.

 

 

   W okolicach Wrocławia, za miejscowością Psary, zaplanowałam trasę na Krzyżanowice i Pawłowice. Jednak, jak to nieraz bywało musiałam ją zmienić. Okazało się bowiem, a poinformowały mnie o tym Panie czekające na przystanku, że most na jednym z dopływów Widawy, rozebrali złomiarze. Tak więc, musiałam się skierować na Ramiszów i Domaszczyn, a wiedząc wcześniej o takiej "przeszkodzie" jak brak mostu, nie musiałam obchodzić ani wracać się iluś kilometrów.

Na tej samej trasie, Pan pracujący w jednym z wrocławskich teatrów, który widział reportaż wrocławskiej TVP, zmontowany, gdy maszerowałam w rejonie Nowej Wsi Wrocławskiej, zawrócił samochodem, żeby spytać się czy coś nie pomóc. Rozmawialiśmy chwilę, co naprawdę mnie podbudowało.

 

 

   W Dobroszycach, babeczki w kiosku i sklepiku, wskazują Oleśnicę, jako najbliższe i najpewniejsze miasto, gdzie na pewno będą noclegi. Panie miały rację. Następnego dnia, rano w Oleśnicy, pokierował Pan pracujący w kiosku, a na dworcu autobusowym, czekające pasażerki pokazały najlepsze połączenie z powrotem do Dobroszyc.

"Hotelik" w Dobroszowie Oleśnickim.

 

   Już na terenie województwa wielkopolskiego, w Cieszynie, gdy pytałam o nocleg, większość osób odpowiadała, że w tej okolicy nic nie ma. Jedynie chłopacy z Piekarni Bogdana Sowy w Międzyborzu, którzy rozwozili po wioskach pieczywo, podpowiedzieli że parę kilometrów od Cieszyna, jest stanica harcerska. Nie było tam jednak żadnej komunikacji, a ja maszerowałam od rana, już prawie osiem godzin. Ucieszyłam się, gdy zaproponowali podwiezienie. W rozmowie z nimi stwierdziłam, że mieszkańcy tych okolic mają z nimi wygodnie, gdyż na telefon dowożone jest nie tylko podstawowe pieczywo, ale i słodkości. 

Rankiem następnego dnia, ze stanicy w Sośnie, musiałam dostać się z powrotem na trasę.

Ze stanicy w Sośnie, prowadzi piękny liściasty tunel.

 

 

 

   Z Cieszyna do miejscowości Pawłów, planowałam trasę przez las. Jednak, zmieniłam ją trochę, gdyż kobieta zbierająca grzyby, mówiła że nawet mieszkańcom tych okolic zdarza się tu pobłądzić. Przed Przygodzicami, zatrzymała się Pani jadąca w samochodzie z dziećmi. Chwila rozmowy odpędziła moje zmęczenie.

 

 Lasy, lasy,

 między Czarnymlasem,

 a Dębnicą.   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Niezbyt dokładne mapy, problemy noclegowe, a także wyczerpujące się finanse, sprawiały, że niektóre odcinki trasy dawały mi się we znaki. Bywało tak, że po prostu miałam ochotę wrócić do domu i nie kontynuować już mojego przedsięwzięcia. Ale to, że koleżanki i koledzy z pracy, dzwonili do mnie co jakiś czas, dopingowało mnie do dalszej "walki".

 

 Takie zajączki,

 można spotkać

 w okolicy

 miejscowości Szkudlarka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Następnego dnia, musiałam jakoś dojechać by wrócić na trasę do Przygodzic. Pan kierowca, był tak miły, że przyspieszył busem, bym w Ostrowie Wielkopolskim, zdążyła się przesiąść na autobus jadący przez Przygodzice. Z Przygodzic, dawna trasa bursztynowych kupców wiedzie w kierunku Kalisza. W Sadowe, dziadek  spacerujący z dzieckiem, mówi jak dojść do kolejnej miejscowości. Jest to Wtórek, gdzie aby do Kalisza, nie maszerować szosą, pytam o drogi polne i od dwóch szwagrów, otrzymuję "instrukcję" dotyczącą trasy. Docieram do Kalisza, i pomimo iż jest już późny wieczór, Pani pracująca w schronisku młodzieżowym, rozmawia ze mną o dziejach Kalisza. 

 

 Ciekawa nazwa ulicy

 w Wysocku Wielkim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Maszerując przez staromiejski Kalisz, dziewczyna z którą rozmawiałam, ukazała niezwykłość położenia miasta, poprzez to, że w centrum Prosna się rozwidla, tworząc niejako wyspę.

Widoczne jest to na ogromnej mapie, znajdującej się na rogu ulic Stawiszyńskiej i Warszawskiej.

 

Nietuzinkowa wizytówka kaliskiego grodu.

 

 

   Za Jankowem, w okolicy Aleksandrowa, pozdrowił mnie rolnik na traktorze, kawałek dalej w kierunku Mycielina, kierowca białego dostawczaka, chciał mnie podwieźć. Potem starsza kobiecina, proponowała nocleg, lecz było jeszcze wcześnie a ja miałam w tym dniu, jeszcze "trochę" do przejścia.

 

 

   W wakacje, ze względu na okres urlopowy, na trasie z Gadówka do Kalisza, autobusy kursują tylko dwa razy dziennie. Pan kierowca, czekający na odjazd zgodnie z rozkładem jazdy, pomaga mi podjąć decyzję, co do dojazdu na nocleg, tak by jak najmniej się przesiadać.

 

 

   Następnego dnia rano, udało mi się w Kaliszu, na Zawodziu porozmawiać z archeologami. Pan Tadeusz Baranowski, specjalista w dziedzinie szlaku bursztynowego, który gościł w mieście ze względu na przygotowania do imprezy Biesiada Rycerska, wyjaśnił mi niektóre zagadnienia.

 

 

   Podobnie jak wcześniej w innych punktach etapowych, do których docierałam po południu lub wieczorem po trasie i nie było noclegu, musiałam wykonać wiele telefonów do miejsc noclegowych w okolicy. Czasami było bardzo późno, ale pomimo to, pracownicy schronisk młodzieżowych, lub akademików, zostawali dłużej. Tak właśnie było w konińskim akademiku Zespołu Szkół Medycznych.

 

 

   Kolejnego dnia, ze Starego Miasta pod Koninem, ruszyłam w kierunku przeprawy promowej przez Wartę. Kobieta jadąca na rowerze po zakupy, wskazała mi drogę, skrótem na Sławsk i potwierdziła, że przeprawiając się z tej miejscowości, dalej jest droga na Kawnice. Płynący, promem kierowca, pozwolił mi zrobić zdjęcie swojego auta na promie. A w Kawnicach, już w południe, zaproponowano mi nocleg.

"Malowana" przeprawa przez Wartę, w Sławsku pod Koninem.

 

 

 

   Z rozmów z mieszkańcami okolic Kazimierza Biskupiego, wynikało że nie będzie problemu z noclegiem w tej miejscowości. Jednak po dotarciu na miejsce, jak zwykle okazało się że nie ma żadnych noclegów. Panie prowadzące sklepik spożywczy podpowiedziały mi, bym spytała się w Szkole Podstawowej w Kazimierzu Biskupim. Pana dyrektora szkoły nie było na miejscu, ale dyżurujące tam Panie, poszły do niego do domu, gdzie wstępną zgodę na mój nocleg, wyraziła jego żona. Już po prawomocnej zgodzie szefa szkoły, mogłam się wykąpać i przenocować w klasie. Jeszcze dodam, że w szkole w tym czasie przeprowadzany był remont, i wstyd się przyznać, ale niechcąco wdepnęłam w świeżo ułożony beton w jednej z klas.

 

   W Skulskiej Wsi, gdy pytałam o możliwość noclegu,  Pan siedzący w małym Fiacie, chciał mi dać pieniądze na bilet, bym mogła dojechać do Skulska na nocleg.

 

 

   Na trasie z Inowrocławia, Pan na rowerze pokierował odpowiednimi drogami, przez pola na Murzynno. Największe problemy z noclegami były wtedy, gdy wędrowałam kilka dni przez wioski. Docierając do Kawęczyna,  pytałam po drodze gospodarzy, czy byłaby możliwość przenocowania w stodole, zwłaszcza że miałam ze sobą śpiwór i karimatę. Ale odpowiadano mi, że nie mają stodoły, lub: "nie ma warunków". W Kawęczynie, zagadnęłam chłopców bawiących się przed sklepem. A oni na to że: "ciocia pojechała do Gdańska, może Pani spać, u cioci". Totalnie zaskoczona, ale cóż nie miałam innego wyboru. Także ucieszona, że mam gdzie spać, poszłam za nimi na gospodarstwo, a oni otwarli mi stodołę, gdzie rozłożyłam karimatę i śpiwór. Chłopcy "koczowali" na szosie, bo denerwowali się, że ktoś rzuca jabłkami w stodołę. Ja też miałam wątpliwości, że nie spytałam nikogo o zgodę i wyszłam na ulicę, by poinformować sąsiadów, że na gospodarstwie będzie ktoś spał. W tym samym czasie, sąsiadka z naprzeciwka już dzwoniła do rodziny "cioci", mieszkającej w Kawęczynie, z obawą że podpalę stodołę. No cóż, zaczekałam z dziećmi na przyjazd kogoś, opiekującego się gospodarstwem, pod nieobecność właścicielki. Po wyjaśnieniu sprawy, zaproponowano mi nocleg w normalnych warunkach, w domu.

 

 Krówka, która asystowała mi,

 gdy pisałam notatki.

 Nie znam się,

 ale czy to nie jest,

 czasem byczek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Następnego dnia wczesnym świtem, kobieta na rowerze, pomimo iż spieszyła się do pracy, wyjaśniła mi, jak kierować się na miejscowość Opoki. A przed miejscowością Otłoczyn, drogę wskazał grzybiarz na rowerze.

 

Lekcja przyrody, na trasie do Otłoczyna.

 

 

   W Chełmży, szef domu turystycznego OSiR, obniżył mi cenę noclegu, o 20 złotych. Może dla niektórych osób, to niewiele, ale dla mnie był to posiłek w ciągu dnia.

 

   Obniżono mi cenę noclegu, także w hotelu w Chełmnie. Pani pokojowa zadbała też o to bym mogła wysuszyć obuwie, pożyczając mi termowentylator.

 

 

   W niektórych miejscowościach, by upewnić się co do mapy, pytałam napotkane osoby, konsultowałam z nimi trasę i udzielano mi wyczerpujących informacji. Tak też było w Gurczu, gdzie dziewczyna by spytać się o drogę na Ryjewo, dzwoniła nawet do swojej siostry. A w Ryjewie, gdy upewniałam się w sklepiku, co do trasy na Sztumską Wieś, odradzono mi wędrówkę przez lasy, ze względu na możliwość pobłądzenia .

Wieczorem, Pan w schronisku młodzieżowym w Malborku, zaczekał aż dotrę na nocleg. 

 

Chatka w Ryjewie.

 

 

   Rano w Malborku, przy porcie Pan pilnujący z psem posesji, dokładnie wytłumaczył jak przejść przez miasto, w kierunku Nowej Wsi Malborskiej. Później mile zaskoczyła mnie kobieta wskazująca drogę. W rozmowie, o tym, jak radzę sobie z noclegami, na tak długiej trasie, powiedziała, że bez problemu udzieliłaby mi noclegu.

W porcie w Malborku stoi kilka barek, lecz port jest nieczynny.

 

 

   W Dzierzgońskim Ośrodku Kultury, znajdują się pokoje gościnne. Dotarłam do Dzierzgonia, w dzień wolny od pracy, więc nikogo w ośrodku nie było. Zapytałam spacerujące dzieci, jak skontaktować się z Panem dyrektorem, w sprawie noclegu. Dziewczyny zaproponowały, że go poszukają, lub pójdą się spytać do niego do domu. Gdy przyjechał Pan Bogdan Paczkowski, chwilę rozmawialiśmy, opowiadał, że hotel prowadzi po to, by móc utrzymać dom kultury.

 

 

   Maszerując w kierunku Elbląga, musiałam się spieszyć by być na określoną godzinę na nocleg. Zastanawiałam się więc, czy nie podjechać autobusem. Ale, dotarłam do miejscowości Jelonki, gdzie znajduje się jedna z kilku pochylni Kanału Elbląskiego. Umożliwiają one przemieszczanie się statków, pomimo różnicy poziomu wody. Rozmawiając z pracownikami obsługującymi maszynerię, okazało się, że jest możliwość by wsiąść na statek w Jelonkach i dopłynąć  do Elbląga. Panowie podpowiedzieli mi gdzie zadzwonić. Po kilku telefonach do biura Żeglugi Ostródzko – Elbląskiej i rozmowie z kapitanem statku, uzgodniłam, że będę mogła zabrać się do Elbląga, statkiem wycieczkowym o nazwie Marabut.

Jezioro Drużno, które dzięki bogatej roślinności, jest schronieniem dla wielu gatunków dzikich ptaków.

 

   We Fromborku, uczynny starszy Pan, jako możliwość taniego noclegu wskazał stanicę harcerską. Lecz, był to początek września i harcerze, już wyjechali.

 

 

Калининградская область

   Pobyt w Obwodzie Kaliningradzkim, umożliwiła mi polska firma, która ma swoje filie w kilku miastach europejskich. Już na miejscu, przed wyruszeniem na szlak, powiadomiłam o tym telefonicznie, Konsulat Generalny RP w Kaliningradzie. Podczas rozmowy, dowiedziałam się że jeśli na granicy, nie wypełni się odpowiednich dokumentów, można na tym terenie przebywać tylko kilka dni. Dzięki tej informacji, wcześniej zmieniłam zaplanowaną trasę i nie miałam problemów z prawem.

 

 

   Następnego dnia, już kontynuowałam eskapadę. W okolicy miejscowości Поварoвка, kierowca ciężarówki spytał, czy chciałabym podjechać.  Oczywiście, podziękowałam , bo jak wiadomo musiałam maszerować. Dochodząc do miejscowości Янтарный, gdzie znajduje się kopalnia bursztynu, zaczęło padać, a po chwili lunął ulewny deszcz. Ale nic, postałam chwilę pod drzewem, lecz gdy zaczęło już nawet lać z drzewa, ruszyłam dalej. Na ulicach, pusto, dopiero przed osiedlem bloków mieszkalnych, dogoniłam dwie kobiety, chcąc spytać o nocleg. No i okazało się, że nie mam gdzie przenocować. Przemoczona, stałam jak taka ciapa, w końcu jedna z kobiet spytała: "a ile was jest ?". Ja na to, że maszeruję sama, ona na to, zaprosiła mnie do domu. Poczęstowała herbatą i blinami, a rano idąc do pracy, odprowadziła mnie do szosy. Pracuje w miejscowym Domu Kultury. Gdy rozmawiałyśmy, opowiadała o swojej rodzinie, o tym, że jej ojciec był Polakiem.

 

Ten monument znajduje się w Янтарный, przy drodze prowadzącej do kopalni bursztynu. Zdjęcie udostępnił Pan Robert Borzymek i podchodzi ze strony:

http://www.underwater.pl/

 

   Z Янтарный, ruszyłam w kierunku najbardziej wysuniętego cypla Półwyspu Sambijskiego. Z dogadaniem się nie było problemu, gdyż porozumiewałam się trochę po rosyjsku i trochę po angielsku. Żołnierze, stacjonujący w jednostkach wojskowych, pytali co pomóc, czy nawet podwieźć. Poprzez to, że wyemitowano w TV reportaż o moim przedsięwzięciu, ludzie wiedzieli że będzie szła "baba" z plecakiem.

Na odcinkach trasy, tam gdzie przychylni dziennikarze, umieszczali w prasie, radiu lub TVP, choć krótką notatkę, łatwiej przemierzało się kilometry. 

 

 

Polska

   W akademiku Szkoły Ekonomicznej w Tczewie, ze względu na odbywająca się tam imprezę kulturalną, nie było już wolnych miejsc noclegowych. Pan ochroniarz, skierował mnie na pobliskie osiedle domków jednorodzinnych, gdzie miały być pokoje do wynajęcia. Był już wieczór. Panią, która wyszła z pieskami na spacer, zagadnęłam o nocleg w okolicy. Od słowa do słowa, zaczęłam opowiadać o mojej marszrucie. I podobnie jak na terenie Obwodu Kaliningradzkiego, Pani Danuta Turło zaproponowała mi nocleg w domu prywatnym. Aby wiedzieć z kim domownicy, mają do czynienia, wylegitymowano mnie. A podczas miłej rozmowy, Panie poczęstowały mnie kolacją.

 

"Smakowita" reklama, na przystanku autobusowym w pobliżu Tczewa.

 

 

   Na zachodnim brzegu Wisły, gdzie by nie iść szosą, poprosiłam o pokazanie polnej drogi, kobieta wyjaśniła jak się kierować, a Pan mieszkający w Międzyłężu podprowadził mnie, kawałek w stronę miejscowości Garnc Mały. 

W Tczewie, od dziennikarki Pani Krystyny Paszkowskiej, otrzymałam dokładną mapę powiatu tczewskiego.  

 

   W okolicy Ostrowite, na trasie do Pruszcza Gdańskiego, zatrzymał się pszczelarz. Nieco zdziwiony, że nie jadę tam autobusem, opowiedział o ciekawych obiektach w okolicy.

 

   Rano w Pruszczu Gdańskim, z Panią Katarzyną Sikorą, reporterem, odwiedziłam Urząd Miasta, a także miałam zaszczyt rozmawiać z Panem Burmistrzem, Januszem Wróblem. Jako turystyczna atrakcja miasta, powstaje tutaj, rekonstrukcja faktorii handlowej z okresu wpływów rzymskich. Projektem tym, jak i zagadnieniem szlaku bursztynowego, zajmuje się Pan Radosław Gucwa. Właśnie od pracowników tutejszego Urzędu, otrzymałam prezentację multimedialną, tejże faktorii. Dzięki temu, na spotkaniach, oprócz opowieści o moim przedsięwzięciu, mogłam także, zaprezentować ją słuchaczom. Pani Sikora, podpowiedziała mi także lepszą, od mojej zaplanowanej trasy do Gdańska, czyli drogę idącą wałem, między szosą a kanałem Raduni.

 

 Projekt faktorii,

 z prezentacji multimedialnej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Nadrabianie zaległych, czyli nie przemaszerowanych odcinków trasy, zaplanowałam rozpocząć z Gdańska. Od Pana Kazimierza Netki, dziennikarza, otrzymałam informację, że w ramach Jarmarku Św. Dominika, odbędzie się Dzień Bursztynu. Podał mi także telefony do organizatorów. Zanim impreza się rozpoczęła, zwiedziłam Muzeum Bursztynu, oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Można powiedzieć, że był to swego rodzaju trening w marszrucie, ponieważ muzeum mieści się w dawnej Wieży Więziennej i zwiedza się je "wzwyż". Pani kasjerka, pozwoliła mi zostawić plecak u niej, i mogłam swobodnie, poruszać się po salach wystawowych na piętrach.

 

 Pieczątka

 Muzeum Bursztynu w Gdańsku. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   W tym samym dniu, uraczona przez gdańskich bursztynników wisiorem z bursztynu, wyruszyłam w stronę Gdyni. Mieszkańcy Gdańskiego grodu, doradzili mi, że najlepiej iść nadmorskim deptakiem. W Gdyni, ulicę Morską wskazała kobieta na spacerze z psem, a na nocleg, wspaniale pokierowała mnie młodzież, czekająca na autobus przy gdyńskiej estakadzie.

 

 Wieżyczka przy wejściu,

 na sopockie molo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Rankiem, następnego dnia również w Gdyni, zaproponowano mi nocleg.

Niewielu kierowców reagowało, gdy wymachiwałam mapą, by spytać o trasę. Ale byli też tacy, najczęściej z rodzinami, którzy widząc że maszerują z plecakiem, zatrzymywali się. Tak było kilkakrotnie, także na odcinku z Redy w kierunku Starzyna. Również, gdy czekałam na przystanku na autobus, by wrócić do Gdańska na nocleg, zatrzymał się Pan prowadzący taksówkę i zabrałam się z nim do Pucka, skąd łatwiej było dostać się do Gdańska.

 

 

   Także, gdy uzupełniłam pieszo, odcinek z Elbląga do Jelonek, który to przedtem przepłynęłam statkiem, musiałam dotrzeć na pociąg do Malborka. I tak etapami, po dość długich próbach zatrzymywania samochodów dostawczych, jakiś odcinek podwiózł mnie obywatel francuski, później dla odmiany kilka kilometrów Polka, a przez Dzierzgoń do Malborka podróżujące po Polsce, małżeństwo z Niemiec.

 

 

   Będąc we Wrocławiu przejazdem, rozmawiałam w Muzeum Archeologicznym z Panem Krzysztofem Demidziukiem. Opowiadał o bursztynie znalezionym na terenie Wrocławia w dzielnicy Partynice, oraz udzielił mi kilka cennych rad, dotyczących mojego przedsięwzięcia. Natomiast w Kudowie Zdroju, Pan tam mieszkający, wskazał mi kantor wymiany a także sklepik spożywczy.

 

 

   Przygotowując się do przemierzenia odcinka ze stolicy Czech do Linz w Austrii, napisałam do przedstawiciela firmy Reebok. Spytałam, czy w ramach reklamy mogłabym przetestować obuwie sportowe tej firmy. Po krótkiej wymianie korespondencji, otrzymałam dwie pary butów, w tym jedną parę z podwójnymi sznurowadłami w kolorze białym i czerwonym, w sam raz dla Polki maszerującej przez Europę.

Česká republika

   Przed kolejną eskapadą, w marcu przebywając w Pradze, miałam zaszczyt rozmawiać z Ambasadorem Rzeczypospolitej Polskiej w Republice Czeskiej. Po spotkaniu, Pan Jan Pastwa, pokazał mi wspaniale odrestaurowaną, salę balową Pałacu Fürstenbergów, wybudowanego w I połowie XVIII wieku, w którym właśnie ma swoją siedzibę Ambasada RP. Następnie udałam się do gmachu, praskiego Muzeum Narodowego, by skonsultować planowaną marszrutę. Pracujący tu archeolog, Pan Pavel Sankot, potwierdził, że trasa wiodła wzdłuż biegu rzeki Wełtawy, czego dowodem są oppida celtyckie, na terenie Czech.
(oppidum – ufortyfikowana osada, za prof. T. Baranowskim)

 

 

   Podobnie jak poprzednio, gdy wyruszyłam ze stolicy Czech, jest bardzo ciepło. Po kilku godzinach marszruty, skończyła mi się woda, ale poratowały mnie Panie czekające na przystanku w Závist, dając mi jabłka.

 

 

 

   W szkole podstawowej w Zbraslav, jedna z Pań nauczycielek, pozwoliła mi wysłać e – maile z informacjami o marszrucie. Niestety, po włożeniu mojego pendrive’a, zaczął "wyć" avast, więc przeprosiłam i musiałam pojechać do Cyber Cafe w dzielnicy Nový Smíchov, w Pradze.

 

 

   We Vrané nad Vltavou, Pani sprzedająca pieczywo doradziła, by zamiast trudną ścieżką turystyczną, iść wzdłuż Wełtawy i "przeprawić" się przez rzekę mostem kolejowym. Przed samym mostem, Pan ostrzegł mnie, że "maszynka tam jedzie" i żeby uważać – "pozor".

W tym samym dniu, gdy zabłądziłam, pomógł mieszkaniec w Chlomek i później by dotrzeć nad rzekę Sazawę starszy Pan z wnuczkiem. Poinstruował mnie by iść między posesjami i kierować się oznakowaniem.

Pomocne oznakowanie, wykonane przez mieszkańców osiedla.

 

 

   W Hradišt’ko, gdzie alternatywnie planowałam postój, Pani ze sklepiku spożywczego, kilkakrotnie dzwoniąc do właściciela, pomogła z noclegiem.

 

 

   W hotelu w Hrazanach, który cieszyłam się, że nie jest fatamorganą, Panowie w restauracji sprzedali mi zwykłą 1,5 litrową wodę, i nie musiałam przedrażać kupując kilka małych.

 

Tak samo uśmiechnięta, jak ten chłopak w hotelu.

 

 

 

   W miejscowości Chlum, kobieta dokładnie wytłumaczyła, jak kierować się na Dublovice i czekała, aż nie wejdę na odpowiedni szlak. Z kolei w Chramostach, młody chłopak, chciał mi nalać wody, a w okolicy Skrýšov, proponowano mi podwiezienie.

 

   Kolejnego dnia, gdy padało po długim szukaniu noclegu, małżeństwo z miasteczka Probulov, udzieliło mi noclegu za grosze.

 

 

   Pytając o kafejkę internetową w Oslov, miejscowi chłopacy podpowiedzieli, że w Písek, jest infocentrum. Lecz jak się okazało, nie było możliwości przesyłania zdjęć. Ale, przez to, że podjechałam do Písek, skorzystałam z pralni samoobsługowej i przenocowałam.

 

   Aby z Písek, z powrotem wyruszyć na trasę, musiałam podjechać autobusem. Oczywiście przez to, że nie umiem się połapać na czeskich rozkładach jazdy, czekałam jak taka ciapa na złym przystanku. Pomogła Pani jadąca rano do pracy, wskazując odpowiedni przystanek.

Paw z Písek.

 

   W mieście Týn nad Vltavou, Pani pracująca w bibliotece, pozwoliła skorzystać z komputera, lecz nie było wejścia na kartę z aparatu fotograficznego. Także w tym dniu, miałam problem z noclegiem. Okazało się, że na campingu, o którym mówiły napotkane osoby, można było zatrzymać się tylko z przyczepą. Pomógł Pan z miejscowości Kostelec, i podwiózł mnie do hotelu w Hluboká nad Vltavou. 

 

 

   Następnego, gdy wracałam na trasę, dzieci jadące do szkoły tym samym autobusem, podpowiedziały skrót przez gospodarstwa.

 

 

   České Budějovice i w samym centrum Internet café, gdzie uprzejmy Pan odwirusował mi pendrive’a.

Ze względu na uraz nogi, udałam się także do poradni ortopedycznej w MEDIPONT, gdzie bezpłatnie udzielono mi porady.

Budziejowicki trolejbus, na Lidická třída.

 

 

   W miejscowości Zlatá Koruna, od Pani, u której nocowałam, dostałam kolację gratis.

 

 

   W mieście Český Krumlov, z mnóstwem zabytkowych uliczek, bez podpowiedzi mieszkańców, byłoby trudno. A na trasie w kierunku Rožmberk nad Vltavou, Pani kierowca zaproponowała podwiezienie. Gdybym skorzystała, miałabym okazję przejechać się Trabantem.

 

Österreich

   Podczas przygotowań do odcinka trasy wiodącego z Pragi czeskiej, w kierunku Linz, szukałam kontaktu z Polakami mieszkającymi w Austrii, ponieważ moja znajomość języka niemieckiego, jest taka sobie. A przygotowując trasę, chciałam sprawdzić i upewnić się również, co nazw i miejsc geograficznych, jak na przykład: Haselgraben. Wysłałam mnóstwo e – mali, otrzymując parę odpowiedzi, w tym z Wiednia. Natomiast z Linz, z osób, które figurowały na stronach internetowych Polonii, jedynie odpowiedzieli Państwo Ania i Julian Gaborkowie, udzielając mi potrzebnych informacji. Później, goszcząc w ich domu, przy okazji uroczystego otwarcia działalności Wspólnoty Polaków w Górnej Austrii, mogłam się oprać, wysuszyć i poprasować odzienie, co na szlaku jest rzadkością.

 

Właśnie z szosy biegnącej doliną Haselgraben, widoczny jest zamek w Wildberg.

 

 

   Tuż po przekroczeniu graniczy Czech i Austrii, w miejscowości Weigetschlag, babcinka pozwoliła mi zrobić zdjęcie na swojej posesji.

Drewienka, poukładane pięknie, według wielkości.

 

 

Česká republika i Polska

   Wracając do kraju, czekałam w nocy na dworcu w Hradec Králové. Pan, który również czekał na pociąg, posprawdzał w swojej komórce połączenia do Náchodu. A w przesiadkach z wagoników do wagoników, pomogli Panowie kolejarze. W Kudowie – Zdrój, zaraz przy granicy, próbowałam dostać się bliżej przystanków PKS lub dworca PKP i napotkana osoba podpowiedziała, bym spytała na Stacji Paliw Statoil. Jeden z Panów pracujących na tej stacji, właśnie kończył zmianę i zaproponował podwiezienie aż do Polanicy Zdroju. Jechałam sportowym autkiem i zdążyłam na pospieszny do Wrocławia.

 

Österreich

   Kolejna eskapada zaczęła się trochę nerwowo, bowiem pociąg, którym jechałam z Polski, był spóźniony, i nie byłam pewna, czy w Wiedniu, zdążę na wieczorną przesiadkę do Linz. Lecz nie tylko austriaccy kolejarze, już na terenie Austrii nadgonili opóźnienie, to jeszcze na wiedeńskim dworcu niespodzianka. Czekał tam Pan fotograf z Poloniki, z "namiarami" na Polaków mieszkających w Judenburgu i Klagenfurcie.

Późnym wieczorem dojechałam do Linz, i biegiem do wcześniej zarezerwowanego hotelu, by rano następnego dnia ruszyć na trasę. Lecz tak jak się spodziewałam, nie było już nikogo w recepcji, bo podobnie jak na terenie Czech, w małych - tych na moją kieszeń hotelikach, w nocy zostają tylko goście, a klucze znajdują się w schowku przy drzwiach, który jest otwierany za pomocą kodu. Osoby, które zarezerwowały pokój lub chciałyby w przenocować, muszą zadzwonić pod podany przy wejściu numer, o podanie kodu. Pomógł mi młody człowiek, który wcześniej jechał tym samym pociągiem co ja, lecz w roli pracownika kolei i również nocował w tym hotelu. Zadzwonił ze swojego telefonu, na numer kontaktowy, gdzie Pani podała kod do skrytki, w której znajdował się klucz do mojego pokoju. Dzięki temu, nie stałam w nocy na ulicy.

 

   Wyruszam z Linz i z centrum miasta, zgodnie z mapą, kieruję się na zachód, na drogę prowadzącą do Wels. Po jakimś czasie orientuję się, że nie ten kierunek. Na Hanuschstraße, zatrzymuję Pana na rowerze, który cierpliwie tłumaczy i szkicuje mapkę, jak dotrzeć na Salzburger Straße, która prowadzi w kierunku Wels.

W Neubau, dokańczano budowę odcinka tuneli drogowych i panowie budowlańcy pozwolili mi, przejść się tym nieczynnym jeszcze dla pojazdów.


  
   W Wels, po przeprawie przez rzekę mostem, w kierunku Voitsdorf, maszeruję przez osiedle domków, gdzie udziela informacji starszy Pan. A na Weiherstraße, pytam Panią pracującą w ogrodzie jak dostać się na szosę, a ona przeprowadza mnie przez posesję i pokazuje, że ulicą Aigenstraße, można dojść do szosy prowadzącej na Sattledt.

Po południu, docierając na nocleg w zajeździe przy Pyhrnstraße 30, dostałam wodę gratis.

 

      W miejscowości, Sankt Pankraz, w restauracji, na terenie kompleksu Parku Narodowego Alpy Wapienne - Nationalpark Kalkalpen, objuczona plecakiem, jak "słoń w sklepie z porcelaną", narozrabiałam. Bowiem spadł mi na podłogę talerz z jedzeniem. Nałożyłam sobie następną porcję sałatek, i chciałam zapłacić, lecz Panie przy kasie, powiedziały, że nic nie płacę.

Muzeum Łowiectwa w Sankt Pankraz.

 

 

   Szukając noclegu w Liezen, z obawy, że nie będzie możliwości płacenia kartą, chciałam wypłacić pieniądze z bankomatu w sklepie samoobsługowym. Gdy dobrą chwilę wklepywałam piny, pomogła Pani pracująca tam na stoisku z pieczywem, udzielając instrukcji obsługi austriackiego bankomatu.

 

 

   Mając mapy, dobrze jest się też pytać, potwierdzać trasę, rozmawiając z mieszkańcami terenów, przez które prowadzi trasa. Podczas eskapady napotkane osoby chętnie udzielały informacji, podobnie było w okolicy Rottenmann. I zamiast szosą, maszerowałam spokojną lokalną drogą, obok autostrady.

W Trieben, w Gasthof Klarmann, poprosiłam o wypranie moich "sfatygowanych" ciuchów, a w aptece Panie pomogły z lekami, które zakupiłam bez recepty.  

 

 

   Kontynuując marszrutę z Linz, przez górskie tereny, pilotowali i udzielali cennych rad, Polacy mieszkający w Austrii, zarówno Pani Halina Iwanowska, redaktor Poloniki jak i Państwo Bogusia i Tadeusz Prokop z Judenburga. A będąc u nich w gościnie, otrzymałam dokładniejsze mapy, niż te, w które zaopatrzyłam się w Polsce. Więc niektóre odcinki trasy, zamiast maszerować "świszczącą" szosą, mogłam przemierzać spokojnie, ścieżką turystyczną.

Przed wyruszeniem na trasę, z Panią Bogusią, miłośniczką turystyki górskiej. Zdjęcie, oczywiście autorstwa Pana Tadeusza Prokopa.

 

 

   Biegając za noclegiem w Scheifling, rozmawiałam ze starszą Panią, która chyba proponowała mi nocleg u siebie, lecz mój niemiecki, ma wiele do życzenia, i nie mogąc się dogadać, podziękowałam i ganiałam dalej. Wreszcie jest pokój w hotelu rodziny Leitner. Po problemach z płatnością kartą, Pani właścicielka użyczyła mi igły z nitką, bym poreperowała swoje porozdzierane w czasie marszruty portki.

I w tej historycznej miejscowości, urokliwy mostek na rzece Mur.

 

 

   Althofen i hotel, w którym wysyłałam e – maile, a cierpliwa Pani recepcjonistka, co chwilę pomagała przy komputerze.

 

   Między Zollfeld a Maria Saal, w miejscu gdzie stoi ogromny, kamienny tron książąt Karyntii, proszę Pana, który na motorze, ze swoim synem zwiedza okolice, o zrobienie filmu moim aparatem. 
A już w miasteczku  Maria Saal, Pani z Pension Plieschnegger , gdzie nie ma wolnych pokoi, obdzwania okoliczne hotele. Lecz wszystko jest zajęte, ale jeszcze pokazuje, gdzie w tej miejscowości, mogę przenocować prywatnie. Nie ma jednak nikogo w polecanym miejscu i siedzę na plecaku, czekając przed domem. Wreszcie, właściciele wracają i potwierdzają, że jest pokój.

 

 

   Na trasie przez Klagenfurt, szukałam punktu z informacją turystyczną i przez centrum "pilotowało" mnie młode małżeństwo z dzieckiem.

 

 

   No i prawie cały dzień siedzę w kafejce internetowej, w Klagenfurcie. A wieczorem, z komunikacją miejską, czyli z którego przystanku wrócić autobusem do Gasthof Wölfnitzerhof, pomogła młodzież bawiąca się na imprezie miejskiej.

Z Klagenfurtu do podmiejskiego Wölfnitz, wróciłam późno, i Pan właściciel hoteliku, obniżył mi płatność za nocleg.

Chłopaki z Klagenfurtu.

 

   Idę przez małe miejscowości i w Bärndorf, wchodzę na jakieś podwórko. Po rozmowie z właścicielami, informacjach jak kierować się dalej, pozwalają mi przejść przez swoją posesję.

 

   Wychodząc z Villach, zasięgałam informacji na temat drogi wykutej w skale. Najpierw lokalizację potwierdziły Panie z Museum der Stadt Villach, oraz później w Warmbad, Panie z informacji turystycznej. Ale okazało się, że odnalezienie historycznej drogi, w plątaninie innych ścieżek turystycznych, nie było takie łatwe. Lecz pomogła mi Pani spacerująca z pieskiem, i podprowadziła, dokładnie w miejsce drogi nazywanej teraz Römerstraße.

 

Italia

   Najczęściej na trasie, "uganiałam" się za noclegiem. Do Pontebba, dotarłam późno, mniemając, że przenocuję w hotelu polecanym wcześniej, przez Panie z Azienda di Promozione Turistica del Tarvisiano. Po długim czekaniu, okazało się że nie ma wolnych pokoi. Lecz mieszkańcy miasteczka, podpowiedzieli, że jest jeszcze możliwość na tej samej ulicy, lecz kawałek dalej, więc biegiem, bo zaczęło się ściemniać. Proszę sobie wyobrazić moją radość, gdy starsza Pani, w tym prywatnym pensjonacie potwierdziła, że mogę przenocować.

Na trasie z Pontebba i z biegiem Fiume Fella, domki w Pietratagliata.

 

 

   W Gemona del Friuli, pracownicy poczty, dokładnie wytłumaczyli, jak poprzez Poste Italiane, przesłać z Polski pieniądze do Włoch. Jednak byłyby one dopiero na następny dzień, a ze względu na to że, moje finanse się wyczerpały, musiałam załatwić przekaz inaczej i w tym samym dniu.

 

 

   Na stacji benzynowej w Tavagnacco, przed Udine, zaczęłam szukać w portmonetce drobnych, by zapłacić za wodę mineralną. Ale … znalazł się młody gentelman, i za nią zapłacił. Ze zmęczenia i zaskoczenia, nie protestowałam, że ktoś postawił mi wodę.

Na północ od Udine, szosa Via Nazionale, przecinająca Równinę Friulską,

lecz w krajobrazie jeszcze Alpy.

 

 

 Z kolei, już za Udine,
 w miejscowości Paparotti,
 Pani ze sklepiku papierniczego,

 poinstruowała,
 jak kierować się
 do miasta Palmanova.

 

 A ta "kosmiczna" budowla,
 wznosi się w Crosada.
 Jest to mniej więcej
 w połowie drogi,
 z Udine do Palmanova.

 

 

 

 

 

 

 

 

   W pobliże Palmanova docieram, gdy się ściemnia, denerwują się, bo znów rozwidlenie dróg. Pytam napotkane osoby, a one nie są zgodne, co do trasy. Jeden pokazuje, żeby skręcić i przejść tory kolejowe, inny, że nadal tą samą szosą. Ale zatrzymała się dziewczyna i na moje pytanie o miasto i hotel zaproponowała podwiezienie. No cóż, nie będę kłamać, bo wsiadłam, i gdyby nie ta pomoc, musiałabym jeszcze prawie godzinę maszerować, tylko czy w dobrym kierunku ?
 

 

   Aquileia i mój plan, by jego mieszkańców obdarować bursztynem. Lecz, nie spodziewałam się, że i ja otrzymam upominki, w postaci symbolu akwilejskiego, pożywienia oraz książki. A pisząc to, nasuwa mi się porównanie do trzech słów, którymi są: piękno, dobro i prawda.

 

 

    Nie sposób wymienić wszystkich osób, którym chciałabym podziękować, które pomogły w moim przedsięwzięciu. Osobom, które udzielały informacji na trasie, jak i pozwalały robić zdjęcia na swoich posesjach. Kierowcom i ich rodzinom, które chciały podwieźć, jak i tym, którzy na szosie, cierpliwie omijali babę z plecakiem.